Sukces w rolnictwie zależy nie tylko od wysiłków człowieka, ale i od kaprysów pogody. Osobista przekonała się o tym młoda farmerka Daria Latała, która prowadzi swoje niewielkie gospodarstwo we Wawrzeńczycach pod Krakowem. Chociaż farma jest mała, korzyści z niej są wielkie i to nie tylko dla właścicielki. Gospodarstwo „JeDynie” jest znane daleko poza Krakowem, przede wszystkim za sprawą dyni, którą Daria zainteresowała się na długo, zanim stała się ona modna na polskich stołach. Śmiało eksperymentowała z nowymi odmianami warzyw, ziół i kwiatów jadalnych, łącząc tradycję z nowoczesnością, a sukces przyszedł w naturalny sposób, jak pisze krakow-name.eu.
Jak hobby stało się misją

Daria od dziecka pomagała rodzicom w gospodarstwie, znała zapach świeżej ziemi i wiedziała, ile warta jest ciężka praca. Później spróbowała innej ścieżki: studia, kariera, wielkie miasta. Los – czasem pod postacią wyzwań rodzinnych – sprowadził ją jednak z powrotem do korzeni. Najpierw, by pomóc rodzicom. Z czasem zaś, by stworzyć coś własnego. To, co zaczęło się jako hobby, stopniowo przekształciło się w projekt rolniczy. Sprawy zaczęły się układać, a wraz z nimi przyszła pewność: droga, która zaprowadziła ją z powrotem na farmę, nie była przypadkowa.
Tak powstała marka „JeDynie” – inicjatywa, która zaczęła się od dyni, ale dawno wyszła poza jej granice. Choć dynia pozostała królową na grządkach Latali i warzywem do eksperymentów. W latach 2020. Daria uprawia wiele jej odmian – od tradycyjnych po egzotyczne. Sama nie wie dokładnie, ile gatunków dyni istnieje na świecie, ale jest przekonana, że ponad 1000. Wszystkich nie dałoby się u siebie posadzić, ale większość wypróbowała i skosztowała.
Spośród wszystkich barw farmerskiego sezonu, na stole Darii szczególne miejsce zajmuje dynia odmiany „Delicata”. Farmerka jest przekonana, że to właśnie jej pieczony miąższ to idealna równowaga smaku, estetyki i szybkości przygotowania. Ten ulubieniec spośród dziesiątek innych rośnie na tej ziemi już od lat i potrafi zaskoczyć: wychodzi z niego też bardzo smaczny likier. Daria robi go niewiele, głównie po to, by obdarowywać nim przyjaciół i rodzinę.
Warzywa z pomysłem

Jednak prawdziwym trendem „JeDynie” jest nie tylko dynia, ale też bioróżnorodność. Marchewka – to fioletowa, żółta, biała. Papryka – obowiązkowo czerwona, czekoladowa i jeszcze coś na granicy botanicznej fantazji. Taka strategia nie tylko przyciąga klientów, ale też przekształca farmę w małe laboratorium. Czasem sami klienci sieją nasiona z poprzedniego sezonu i przynoszą „nowe gatunki”, które niełatwo zidentyfikować, bo to prawdziwe hybrydy. Daria z przyjemnością komentuje te próby, choć sama przeważnie trzyma się sprawdzonych odmian dla stabilnego rezultatu.
Zdaniem Darii, na polskich polach, w deszczu, wietrze i słońcu dojrzewa nie tylko plon, ale kształtuje się też cała filozofia życia. Tu wszystko jest autentyczne: od korzennego aromatu świeżo zebranych warzyw po zmęczone dłonie zanurzone w ziemi. Daria nie ogranicza się tylko do pracy na roli. Ogląda programy kulinarne, blogi, radzi się klientów. Oni często pytają, sugerują, a gospodarstwo zmienia się wraz z nimi. Sezon to czas maksymalnego obciążenia, gdy trzeba zdążyć ze wszystkim: chronić plony przed gradem, szkodnikami, a jednocześnie wysyłać zamówienia, odpowiadać na pytania i zbierać plony na czas. Celem Darii jest bycie bohaterką na własnym polu. Dlatego żadne warzywo nie może zmarnować się na marne.
Tam, gdzie warzywa mają imiona

Jednak romantyzm rolnictwa ma też drugą, surową stronę. Pole to nie tylko miejsce pracy, ale też codzienna arena starcia z żywiołem. Jeden dzień obdarowuje obfitymi plonami, inny przynosi niszczycielski grad, który wyrywa pędy z korzeniami. Bez kwiatów nie ma zapylania, bez zapylania – owoców. A nawet jeśli uda się ocalić roślinę, okres wegetacji nie zawsze pozwala jej wydać dojrzały owoc. Na polu każda minuta, każdy stopień Celsjusza, a nawet każda chmurka mają znaczenie. O tym młoda farmerka często opowiada na blogu „JeDynie” na Facebooku.
A także o tym, że rolnictwo to nie tylko gleba i rośliny. To życie w błocie, pod palącym słońcem, na mrozie, podczas nocnych wiatrów. Jest to wyczerpujące fizycznie i psychicznie. Mimo wszystko, Darii ta praca daje ogromną satysfakcję, bo rodzinna ziemia wspiera, zapewnia ciszę, przestrzeń i czas na bycie sam na sam ze sobą. A do tego daje sens życia. To ten typ biznesu, który nie polega na kontroli, lecz na współpracy z naturą. Planowanie jest tu tylko umowne. Daria wybiera odmiany i nasiona z wyprzedzeniem, bierze pod uwagę temperaturę, opady, długość dnia, ponieważ mogą być one zarówno głównymi sprzymierzeńcami, jak i przeciwnikami. Według Darii rolnictwo wymaga nie tylko wiedzy technicznej, ale i hartu ducha. A do tego uczy pokory i odporności na stres.
Warzywa sezonowe jako zwierciadło zmian

Daria uprawia warzywa uczciwie: bez chemikaliów i osobnych grządek „dla siebie”. To, co trafia na stoły klientów, jest uprawiane i zbierane tak samo, jak dla jej własnej rodziny. Najczęściej asortyment dyktuje pogoda, a nie katalog. Kiedy sezon zmienia rytm, najcenniejsi stają się ci klienci, którzy rozumieją te niuanse. Nie obrażają się, gdy nie udaje się kupić upragnionej odmiany papryki, lecz kupują to, co już dojrzało. I gotują z tego w kuchni z lekkością i zaufaniem.
Niewielkie, rodzinne gospodarstwo nie ma potężnych linii przetwórczych, wszystko robione jest ręcznie, dlatego plony są mniejsze, nawet mimo stosowania organicznych środków ochrony. Ale prawdziwi koneserzy produktów farmerskich nie cenią ilości. Doceniają smak i uczciwość, dlatego produkty Darii Latali są znane daleko poza Krakowem. Każda skrzynka warzyw, dostarczona przez farmerkę, to świeże pozdrowienie z pola, zebrane, zapakowane i wysłane tego samego dnia. A klienci bardzo to cenią. Ufają jej, co dla Darii jest szczególnie ważne.
Ziemia, która uczy elastyczności

Daria jest przekonana, że na polskiej ziemi można z powodzeniem uprawiać także warzywa importowane, na przykład szpinak nowozelandzki, który świetnie czuje się w nowej glebie. Według niej, wśród tych, którzy wierzą w siłę adaptacji zamiast chemii, jest nowa generacja rolników. W ich szklarniach pokojowo współistnieją klasyczna sałata masłowa i azjatyckie uprawy: pak-choi, groszek cukrowy, odmiany sałat, które kiedyś wydawały się „egzotyczne”. A wszystko to bez stymulatorów wzrostu. Sekretem jest elastyczność: analiza gleby, umiejętność słuchania sezonu, a co najważniejsze – gotowość do rezygnacji z tego, co się nie sprawdza. Właśnie tak z pola Darii zniknęła okra: choć pięknie rosła, okres wegetacji był zbyt krótki, a koszty za wysokie. Cena za kilogram byłaby dla klientów zaporowa.
Jednak młoda farmerka zauważa, że mieszkańcy wsi nie zawsze akceptują nowe metody gospodarowania. Wciąż jest wiele gospodarstw starej szkoły, z wielkimi polami jednej uprawy, przeznaczonej na masowy eksport, ze znanymi mechanizmami i tradycyjnymi traktorami. To model, który praktykowali jeszcze ich rodzice. Takie podejście jest stabilne, ale jednocześnie wiąże się z niskimi cenami, wyjałowieniem ziemi i utratą kontroli nad jakością produktu. Trudno przekonać ludzi, ale Daria nawet tego nie próbuje. Jest przekonana, że nowy system powoli będzie się umacniał i zwycięży, potrzeba tylko czasu.
Nowatorskie podejścia i rozwiązania

Młoda farmerka w rozmowie z dziennikarzami ubolewała, że młodzi ludzie coraz częściej opuszczają wieś. Ciężka praca, niska rentowność, przekonanie, że w biznesie warzywnym nie ma przyszłości – wszystko to daje o sobie znać. Rodzinne farmy wyczerpują, a starsze pokolenie boi się nowatorskich podejść. Młodzi gospodarze, tak jak Daria, udowadniają swoją rację nie słowami, lecz czynami. Spędzają dużo czasu w mediach społecznościowych, dzielą się doświadczeniami, wspólnie rozwiązują problemy. Starsi rolnicy nie rozumieją, po co „gadać w internecie”. Ale to tylko do momentu, gdy o warzywach młodych właścicieli zaczynają mówić szefowie kuchni prestiżowych restauracji, a ich produkty stają się elementem kulinarnej kultury.
W rzeczywistości wszystko zależy już nie tyle od doświadczenia, ile od reputacji. To właśnie ją Daria nazywa najcenniejszym „plonem” dla tych, którzy uprawiają warzywa z miłością i zrozumieniem. Bo nie chodzi tu tylko o smaczne pomidory, cukinie, ogórki i ziemniaki, lecz o nową kulturę wiejską, w której rolnictwo staje się nie hołdem dla tradycji, lecz świadomym wyborem. I liczą się w nim nie tylko plony, ale i relacje – z ziemią, z klientami, z przyszłością. Ważne zmiany nie zaczynają się od wielkich deklaracji, lecz od tego, jak rosną warzywa, od zaufania i zrozumienia, że lokalny produkt to nie kompromis, a jakość, którą można poczuć w smaku.
